Pięciu ludzi. Osiem lat. Tysiące rozmów i dyskusji. Kilkadziesiąt pożarów do ugaszenia. Wspólne przeżywanie porażek i świętowanie sukcesów. Tyle wystarczyło, aby stworzyć zespół, który w wielu aspektach wydaje się być turkusowy. Teraz jesteśmy silni różnorodnością połączoną w synergię korzyści tworzącą jedność. To coś więcej niż relacje zawodowe. To jest chyba właśnie pełnia, o której pisał Laloux.

Do firmy przyszedłem w grudniu 2010 roku. Moja w niej obecność była wynikiem wizji mojego szefa, który chciał mieć “oczy” na procesy i jednocześnie kogoś, kto zajmie się tak zwanym supportem czyli procesami pomocniczymi wspierającymi główną działalność organizacji. Wraz ze mną zrekrutował jednocześnie praktycznie cały menadżerski zespół, który miał być nowym otwarciem po objęciu przez niego roli Dyrektora zakładu.

Młody ja

Byłem wówczas 32 letnim menadżerem z 10 letnim już doświadczeniem w zarządzaniu różnymi zespołami. Miałem raczej klasyczne podejście do roli menadżera, o której nie tylko uczyłem się na studiach, lecz także testowałem przez te 10 lat w praktyce. Byłem ponadto książkowym przedstawicielem pokolenia X, bezwzględnie uznającym hierarchię i autorytet przełożonego. Praca była dla mnie wartością nadrzędną a lojalnością wobec szefa – pana dorównywałem niemalże japońskim samurajom. Ludzie, choć zawsze ich szanowałem, byli dla mnie głównie zasobami potrzebnymi do realizacji z góry nakreślonych celów. Moja introwertyczna natura sprawiała, że wraz z koszulą, zakładałem do pracy maskę osoby chłodnej, zamkniętej w sobie i rzadko okazującej jakiekolwiek emocje.

Forming

Patrząc z perspektywy czasu, kilkukrotnie przeszliśmy przez wszystkie fazy formowania się zespołów opisane w modelu stworzonym przez Bruce Tuckmana, znane jako forming, storming, norming i performing. Myślę, że wtedy, na początku mieliśmy trochę łatwiej, ponieważ wszyscy zaczynaliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Wspólne biuro miało ułatwić nam zbudowanie relacji i być czymś w rodzaju hubu komunikacyjnego na styku różnych działów. Głodni wyzwań i zaaferowani nowymi obowiązkami dość szybko pogrążyliśmy się w wirze codziennej pracy.

Chcąc udowodnić sobie i innym własną przydatność, ambitnie przystąpiliśmy do wyznaczania celów naszym zespołom. Poświęciliśmy się pracy w naszych silosach nie interesując się specjalnie ogródkiem sąsiada. A jak to z silosami bywa, wydostanie się z nich jest trudne a pozostanie grozi utratą obiektywizmu i szerokiej perspektywy. Zaczęły się pierwsze zgrzyty i tarcia.

Storming

To trudna lecz niezwykle potrzebna faza. To tu hartuje się stal i jeśli kilkukrotnie nie rozgrzejemy i schłodzimy ujawniających się problemów, temperamentów i emocji, to hart zespołu stanie się nietrwały, kruchy i podatny na zniszczenie. Przez te wszystkie lata przerobiliśmy kilka poważnych stormingów. Z każdego wychodziliśmy silniejsi, chociaż nie wszyscy dotrwali do końca. Od ostatnich zmian personalnych w 2016 roku stanowimy zespół indywidualności znających się “jak łyse konie” i zawsze mogących na siebie liczyć. Prawdziwy dream team. Teraz bez obaw spieramy się na argumenty, mogąc je całkowicie otwarcie artykułować. Mamy do siebie zaufanie. Jego początków upatruję w pierwszych wyjazdowych podsumowaniach roku, które na stałe wpisały się już do naszego kalendarza.  

Norming

Formuła tych spotkań wymagała od nas przygotowania podsumowania naszych ubiegłorocznych celów i aktywności oraz zaplanowania priorytetów na kolejny rok. Jak to bywa, nie zawsze wszystko można było ogłosić jako spektakularny sukces, zaczęliśmy więc na początku nieśmiało mówić także o porażkach. Taka publiczna i szczera spowiedź była trudna i wymagała właśnie pewnej dozy zaufania. Wyjazdy były też dobrą okazją do lepszego poznania się i integracji. Z każdym kolejnym wyjazdem, wychodziło nam to coraz lepiej. Z perspektywy czasu widzę, że to właśnie tam budował się prawdziwy team spirit.

Na tych spotkaniach budowaliśmy fundamenty naszego zespołu. Mając dostęp do informacji patrzeliśmy na przyszłość z szerokiej perspektywy i wspólnie kreśliliśmy wizję naszego zakładu. Ta podmiotowość i świadomość posiadania wpływu na kształtowanie rzeczywistości naszej organizacji dodawała nam skrzydeł. Czuliśmy się naturalnie odpowiedzialni za kierunek, w którym miała ona podążać. Chociaż nie musieliśmy, spędzaliśmy tam po kilkanaście godzin na prezentacjach i dyskusjach, co w kontekście otoczenia i dostępnych rozrywek mogło wydawać się co najmniej dziwne. Fakt, zdarzało nam się lekkie pijaństwo wieczorami, ale było one nagrodą, zwieńczeniem naprawdę ciężkiej pracy.

Stworzyliśmy z czasem taki nasz własny krąg bezpieczeństwa, w którym chronimy się nawzajem przed “złym” światem zewnętrznym. Tu duża zasługa szefa, zawsze stojącego po naszej stronie i biorącego na siebie rolę strażnika i rzecznika zarazem.

Bardzo szybko udało się zburzyć nasze małe silosy. Wspólna wizja wymagała wspólnych działań, a w nich nie ma miejsca na myślenia wyłącznie o sobie i swoim dziale. Każdy z nas znał i rozumiał i akceptował swoją rolę w organizacji.  Teraz trzeba było przenieść to na naszych pracowników. 

Coś, co uważam za szczególnie istotne, to wzajemne inspirowanie się do rozwoju osobistego. Polecanie ciekawych książek, podcastów, czy artykułów i późniejsze o nich dyskutowanie otwierało nas na nowy światopogląd. Poszukiwaliśmy metod i narzędzi, dzięki którym mogliśmy być jeszcze lepsi. Poznanie i wykorzystanie motywatorów wewnętrznych, talentów, profili osobowościowych, umożliwiło nam jeszcze głębsze poznanie się i zrozumienie oraz akceptację pewnych różnic występujących pomiędzy nami. Świadome czerpanie z naszego arsenału różnorodności stało się z czasem naszą prawdziwą siłą.

Performing

Myślę, że w tej fazie udaje nam się często bywać od mniej więcej trzech lat. Osobiście rozumiem performing jako stan, w którym zespół wznosi się na swoje wyżyny osiągając nowy, wyższy poziom myślenia i działania. W naszym przypadku takim kamieniem milowym był pomysł wizualizacji naszych wyobrażeń na temat organizacji w perspektywie kilku lat. Nazwaliśmy go “Fabryką Marzeń”. Uruchomiliśmy naszą kreatywność, ujawniliśmy wewnętrzne potrzeby i tak z początkowej wizji powstał bardzo rozbudowany, szczegółowy program jej realizacji w praktyce. Z kilkudziesięciu wygenerowanych pomysłów zrealizowaliśmy już kilkanaście, usprawniając wiele obszarów organizacji. Pozostałe zrealizujemy równie konsekwentnie.

Uwolniony w pełni potencjał zespołu przyczynił się także do kolejnej istotnej zmiany, tym razem w podejściu do celów i sposobów ich realizacji. Pisałem już o tym we wpisach na temat naszej drogi do turkusu. (znajdziesz je w kategorii moja droga do turkusu). To droga, która sama w sobie staje się naszym celem.

Dream Team

Mam poczucie, że stanowimy Dream Team niczym amerykańska reprezentacja w koszykówce na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku. Podobnie jak oni, potrafimy wykorzystać nasze indywidualne umiejętności dla dobra zespołu, dodatkowo czerpiąc z gry autentyczną przyjemność. Wydaje mi się też, że taki zespół nie zdarza się zbyt często. Dlaczego akurat nam się udało?

Po pierwsze, na początku był lider z wizją potrafiący zaszczepić ją w nas. I zawsze przy nim czujemy się bezpiecznie i swobodnie, co pozwala na pracę kreatywną i odważną a przy tym odpowiedzialną. Po drugie, wypracowaliśmy i wyznajemy wspólne wartości, przez co łatwiej nam współpracować. Sprawdza się w każdej sytuacji. Po trzecie, każdy członek zespołu czuje się równie ważny i współdecyduje o losach całego zakładu. Po czwarte, wraz z odpowiedzialnością mamy dużą decyzyjność i swobodę w sposobach pracy indywidualnej oraz z ludźmi. Oczywiście w zgodzie z wspólnymi wartościami. Po piąte, doskonale znamy się, rozumiemy i akceptujemy swoją różnorodność Wreszcie po szóste, dążąc do ciągłego rozwoju wzajemnie się inspirujemy.

Jagodo, Ulu, Tomku, Wojtku (kolejność alfabetyczna ;), to przede wszystkim o Was. Dzięki za te wszystkie lata i już nie mogę doczekać się następnych. Wiem, że będą jeszcze lepsze.

Czy można o nas powiedzieć, że jesteśmy turkusowi? Nie wiem, ale wiem, że tak właśnie sobie ten turkus wyobrażam. I dlatego o nim tyle gadam. Bo z doświadczenia wiem, że działa w praktyce, choć nie zawsze i nie wszędzie. Myślę, że spróbować warto, ponieważ to również po prostu się opłaca.

wejdź i polub mnie
Facebook
Facebook
TWITTER
Visit Us
LINKEDIN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *