Bezsenność, brak apetytu, myśli krążące wyłącznie wokół jednego. Fizjologia płatająca ciału przeróżne figle. Serce bijące tak szybko, jakby za chwilę miało eksplodować. Jedyna myśl w głowie – ucieczka. To glassofobia. 

Takim terminem medycznym określany jest lęk przed wystąpieniami publicznymi. Nie jestem formalnie zdiagnozowany, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jestem jej posiadaczem. 

Jestem skrajnym introwertykiem. Odkąd pamiętam występowanie przed innymi zawsze powodowało u mnie dyskomfort. Już w szkole podstawowej wolałem dostać dwóję (nie było jeszcze wtedy jedynek) niż recytować wiersz przed klasą. Nie ważne, że znałem go na pamięć. 

Później nie było lepiej. Jak tylko mogłem, unikałem podobnych sytuacji. Bywało różnie, i nawet czasem nieźle radziłem sobie ze swoimi demonami. Do czasu. Pierwszy raz panika ogarnęła mnie przy niewymagającej z pozoru sytuacji zawodowej. Strach był tak paraliżujący, że przeprosiłem zebrane w sali osoby i wyszedłem aby się uspokoić. Odtąd podobne reakcje towarzyszą mi niemal przy każdym wystąpieniu publicznym.

Wspominam o tym w kontekście potencjalnych korzyści płynących z wychodzenia z tak zwanej strefy komfortu, o których wiele się mówi i pisze. Czy na pewno to najlepszy sposób na rozwój?

Do tej refleksji skłoniła mnie lektura jednego z wpisów na blogu Piotra Buckiego. Jest ich dwóch Buckich, Piotrów, więc gwoli wyjaśnienia dodam, że chodzi o tego od bloga bucki.pro. Chociaż lubię obu. Pojawiła się tam teza, że wychodząc daleko poza swą strefę komfortu nie uczymy się efektywnie. Zamiast tego zamykamy się wchodząc w tryb “walka – ucieczka”. Skutecznie rozwijamy się, gdy robimy coś dobrze, a więc pozostając w tej strefie.

Spodobała mi się ta teoria. Zacząłem zastanawiać się, czy u mnie się sprawdza, lecz najpierw postanowiłem sięgnąć do teorii.

Jednym z najbardziej znanych badań na temat związków efektywności ze stresem i pobudzeniem, jest badanie, którego efektem stało się sformułowanie prawa Yerkesa-Dodsona. Mówiąc brutalnie, rażąc myszy prądem, sprawdzali oni relację pomiędzy wydajnością uczenia się a trudnością zadania. Na tej podstawie sformułowali oni teorię, że w miarę wzrostu pobudzenia/stresu, efektywność wykonywania zadania rośnie tylko do pewnego momentu, a potem spada. Ponadto wykazali, że dla zadań trudnych, próg ten jest niższy, niż dla łatwych. 

Inne koncepcje precyzują tą teorię definiując 3 różne strefy. Pierwsza z nich to strefa komfortu, w której nie rozwijamy się efektywnie ponieważ nie mamy odpowiednich bodźców. Poruszamy się w znanym, bezpiecznym środowisku, które nie wymaga od nas wysiłku poznawczego. Najbardziej efektywna jest druga strefa, zwana strefą nauki lub rozwoju. Lekko przekraczamy bezpieczną oazę, a optymalny poziom stresu wyzwala w nas pokłady mobilizacji i efektywności. Gdy przekroczymy tą cienką granicę, wchodzimy w strefę paniki uruchamiającą tryb przetrwania, w którym nie ma najmniejszych szans na naukę. 

Jak ma się ta teoria do praktyki? Odpowiadając sobie na to pytanie, sięgnąłem pamięcią do kilku zdarzeń, które rozwinęły mnie jako człowieka.

W 2002 roku byłem studentem mającym szczęście dorabiać, pracując regularnie wieczorami i osiągając całkiem przyzwoite dochody. Dość nieoczekiwanie nadarzyła się okazja, aby założyć firmę i świadczyć usługi dotychczasowemu pracodawcy. Nie mając doświadczenia, wiedzy, a jedynie zapał i energię do działania, postanowiłem spróbować. Dzięki temu przez prawie trzy lata prowadziłem firmę, zatrudniającą 8 osób i zapewniającą mi zdobycie bezcennych doświadczeń. 

Odkąd pamiętam, pasjonowały mnie psy, choć przez większą część życia nie miałem żadnego. Dopiero mając swoją rodzinę postanowiłem spełnić odwieczne marzenie. Chęć lepszego zrozumienia tego fascynującego gatunku była tak wielka, że pomimo ograniczonych zasobów czasowych postanowiłem zapisać się na roczny kurs zoopsychologa – trenera psów. Wymagał ode mnie sporych poświęceń i mnóstwa czasu na zgłębianiu wiedzy teoretycznej i praktycznym jej wykorzystaniu.

Założenie i prowadzenie tego bloga to było największe wyzwanie i zarazem największy projekt rozwojowy w moim życiu. Poza ogarnięciem kwestii technicznych, w których byłem, jestem i zawsze będę laikiem, ogromnym wysiłkiem było nawiązanie i utrzymanie relacji z ludźmi, dla których moje treści są wartościowe.   

Co łączy te trzy historie? Wszystkie one były kamieniami milowymi na mojej drodze życiowej. Zmieniły mnie jako człowieka, moją świadomość siebie i otaczającego świata. Rozwinęły moje kompetencje. Czy wymagały wyjścia ze strefy komfortu? I tak i nie. Tak, ponieważ musiałem zdobyć nowe umiejętności, wyjść z pudełka Nie, bo nie czułem strachu i związanej z nim niepewności. Towarzyszyła mi ekscytacja, energia i zapał do pracy oraz ciekawość związana z rezultatami przyszłych zdarzeń.

Z perspektywy czasu przyznaję, że w każdej z tych sytuacji czułem się wręcz niezwykle komfortowo. Za każdym razem doświadczałem opisanego przez prof. Mihály Csíkszentmihályi stanu FLOW – przepływu, będącego niczym nirwana dla mojego umysłu.  

Zestawiając ze sobą różne życiowe doświadczenia, bliżej mi do tezy Piotra Buckiego. Pozytywne emocje zawsze napędzały mnie do działania, strach i minimalny nawet wewnętrzny przymus, przeważnie mnie ograniczały. Dla mnie strefą komfortu jest przestrzeń, w której moja motywacja do działania jest oparta na wewnętrznej potrzebie i chęci działania. Pomimo niedogodności, które muszę czasem pokonać na tej drodze.

wejdź i polub mnie
TWITTER
Visit Us
Follow Me
LINKEDIN
Share

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *